Chile na ostatnią chwię

Dosłownie kilka dni przed wylotem podjęliśmy decyzję, co chcemy zobaczyć podczas naszej wyprawy do Chile. Również to, że polecimy na Wyspę Wielkanocną, a potem do Patagonii…

Ze względu na odległości w grę wchodziły przeloty samolotem, a nie podróż autobusem. Dotarliśmy do stolicy Santiago da Chile, która często jest miejscem przesiadki w drodze do kolejnych atrakcji turystycznych.

Miasto świetne położone pomiędzy Andami a Pacyfikiem jest bardzo dynamiczne, kosmopolityczne i różnorodne, co widać również w wielu kontrastujących dzielnicach. Mieszkaliśmy w samym sercu miasta, na Plaza Armas, znany jako Kilómetro Cero, od którego mierzy się odległość między różnymi miastami Chile.

Jest to jedna z najpopularniejszych atrakcji turystycznych stolicy, z zabytkowymi budynkami, takimi jak Katedra Metropolitalna, dawny dwór królewski a obecnie Narodowe Muzeum Historii – Palacio de la Real Audiencia de Santiago, budynek Parlamentu itp. Miejsce jak najbardziej odpowiednie, bo oferujące nieskończoną ilość rzeczy do zobaczenia i zrobienia.

Z Santiago da Chile polecieliśmy na najbardziej odizolowane miejsce na Ziemi, na Wyspę Wielkanocną.

Od lądu Chile dzieli ją 4 000 km, a od innej, najbliższej wyspy 2 000 km. To zaledwie punkt na Oceanie Spokojnym…  w rzeczywistości 163 km2 skąpo zadrzewionego lądu pokrytego wulkanami i górami. Głównym celem odwiedzenia wyspy są porozrzucane na całej jej powierzchni kamienne posągi Moai. Do 10 metrów wysokości i ponad 80 ton wagi. Fenomen na skalę światową i świadectwo niezwykłej kultury Rapa Nui. 887 posągów, które zainspirowały wiele historii i są nie lada zagwozdką dla podróżników i naukowców na całym świecie.

Z Wyspy wróciliśmy w godzinach nocnych do Santiago, skąd nie opuszczając lotniska o 5:00 rano wylecieliśmy do Punta Arenas, następnie pojechaliśmy do miasta o niesamowitej architekturze i naturalnych krajobrazach Puerto Natales.

Bliskość przepięknego Parku Narodowego Torres del Paine czyni z tego miasta prawdziwą „bramę do przygody”. Można tutaj skompletować sprzęt i zapasy przed wyruszeniem na trekking do parku. Miłośnicy przyrody będą zachwyceni okolicą i możliwością pieszych wycieczek, jazdy konnej, żeglowania i odkrywania natury…

Torres del Paine w Chile to jeden z ośmiu cudów świata. Jego nazwa oznacza „Niebieskie wieże”, ponieważ centralnym punktem parku jest masyw Paine, którego szczyty przypominają wysokie (2800 m.n.p.m) budowle o niebieskawym odcieniu.

 

Nad tle patagońskich stepów wyglądają po prostu bajecznie. Pierwszego dnia zrobiliśmy trening nad jezioro u podnóża Torres del Paine tzw. Base Torres i były to zaledwie 32 km. Dla dysponujących czasem jest jeszcze wersja 4-dniowa po trasie W oraz 7-8 dniowa po trasie O. Nazwy biorą się od kształtu trasy, niestety trzeba mieć wcześniej zarezerwowane miejsce w schroniskach, czego my nie zrobiliśmy… Drugi dzień w ramach odpoczynku zdecydowaliśmy się na wycieczkę objazdową u podnóża Torres del Paine oraz licznych okolicznych jezior polodowcowych, w tym jeziora Grey. Ciekawostka jest to, że ten lodowiec jest na tym samym masywie górskim co oglądamy później przez nas w Argentynie lodowiec Perito Moreno. Dotarliśmy również do Pomnika Naturalnego Jaskini Milodón, w którym znajdują się szczątki dużego ssaka roślinożernego. Tam też znajduje się dokładna replika wymarłego zwierzęcia “El Milodón”.

Następnego dnia autobusem ruszyliśmy do ziemi ognistej, Argentyny, a dokładnie do El Calafate. Gdzie oglądaliśmy prawdziwy cud natury i najpiękniejszy lodowiec na świecie. Perito Moreno przywitał nas charakterystycznymi trzaskami i usuwaniem lodu. Robi to niesamowite wrażenie i można go oglądać ze specjalnego balkonu widokowego dla turystów.

Na parkingu powitał nas słodki lisek.

El Calafate to właściwie jedna ulica, taki odpowiednik naszych zakopiańskich Krupówek. Przeuroczy kemping i przyzwoite ceny. Pensjonat La Leona, kawiarnia, małe muzeum poświęcone bandzie legendarnych amerykańskich bandytów Butch Cassidy i Sundance Kid. Idealnym punkt do rozprostowania nóg podczas długiej jazdy przez południową Patagonię. Kolejny dzień docieramy do niewielkiej osady u podnóża gór El Chalten, która istnieje dzięki rozwojowi turystyki. Widać to na każdym kroku, postawiono nawet pomnik plecaka!

Zrealizowaliśmy mały trekking na górę kondorów, z której jest wspaniały widok i panorama osady na tle szczytów Fitz Roy oraz CieraTorre. Treckking w kierunku Fitz Roy to przyjemna trasa z fajnymi widokami, a ostatni kilometr to przewyższenie 400 metrów w górę, więc było trochę wspinaczki.

Szkoda tylko że Fitz Roy „schował się” przed nami za chmurami. Cała trasa od hotelu i z powrotem to lekko ponad 30 km. Ciekawe zachowanie zwierząt traktujących ludzi bardzo obojętnie. Ptak wielkości szczygła przeganiał nas ze ścieżki, bo akurat tarzał się w piachu i nie podobało się, że tędy przechodziliśmy.

Następny 30 cm dzięcioł, który nie reagował na naszą obecność,  tylko dalej stukał w poszukiwaniu robaków.

Można było podejść bardzo blisko. W lasach żyją również pumy, ale jakoś nieszczególnie ich szukaliśmy. Kolejny dzień bardziej lightowy i już tylko 23 km, do tego od rana piękne słońce. Trasa w kierunku Cerro Tore dość łatwa i z równie przyjemnymi widokami. A po drodze mała przekąska ze świeżych żurawin.

A po dwóch godzinach siedzieliśmy w autobusie powrotnym do el Calafate, skąd z przesiadką ruszyliśmy do Ushuaia. Na miejscu byliśmy po 30 godzinach i 5 minutach jazdy trzema autobusami, dwukrotnym przekroczeniu granicy chilijsko-argentyńskiej i przesiadce na prom, którym przepłynęliśmy przez cieśninę Magellana.

Podczas promowej przeprawy za oknem monotonia, od czasu do czasu przerywane widokiem stad guanako i nandu. Wyjechaliśmy o godz. 18, 30.11., a na miejscu byliśmy o godz. 00.05 w dniu 2.12. To naprawdę jest koniec świata. Tak wygląda Ushuaia, miasteczko znane z tego, że było tu duże więzienie, z którego można było uciec… tylko dokąd?

W Ushuaia zdecydowaliśmy się na wyjątkowy rejs Kanałem Beagle, pomiędzy wyspami Ziemi Ognistej na południu Argentyny. Cieśnina rozdzielająca Argentynę i Chile, będąca jednocześnie przyczyną konfliktów pomiędzy tymi krajami. Jeden z naturalnych łączników między wodami Oceanu Atlantyckiego i Spokojnego. Miejsce słynące z rybołówstwa. Wspaniałe i wyjątkowe widoki. Po godzinie mijamy skalistą wysepkę z kormoranami. Dalej znajduje się Los Labos wysepka oblepiona potężnymi lwami morskimi, aż na końcu docieramy do wysepki z biało-czerwoną latarnią. Dawniej zamieszkiwali ją piraci i bandyci, a pisał o niej Juliusz Verne. Po drodze przepiękne wyspy z białymi szczytami górskimi, zamieszkałe przez pingwiny i inne zwierzęta. Wszędzie panuje surowy subpolarny klimat.

Punta Arenas to niezbyt piękne miasto, dawniej należące do górników, nafciarzy i wielorybników, dlatego do dziś czuć unoszący się zapach tranu. Ciekawostką jest fakt, że spora część mieszkańców nosi chorwackie nazwiska, ponieważ 150 lat temu przybyli tu jako osadnicy. Dla odmiany postanowiliśmy odbyć mały rejs po kanale Magellana, na wyspę Magdaleny gdzie królują pingwiny i ptactwo oraz wyspę Marty gdzie rządzą lwy morskie.

Isla Magdalena to chilijska wyspa w samym środku cieśniny Magellana, którą zamieszkuje największa na świecie kolonia pingwinów Magellana. Na tej niewielkiej wysepce mieszka ponad 60 tysięcy par tych ptaków. Ptaki przypływają na nią z północy i przebywają na lądzie od listopada do marca podczas okresu lęgowego. Każda para rok w rok powraca do tej samej nory.

Na koniec chilijskiej podróży robimy jednodniowy wypad do Valparaiso, klimatycznego miasta znanego z kolorowych domów dodatkowo ozdobionych muralami – nie mylić z naszymi rodzimymi graffiti oraz tym że wszędzie jest z górki lub pod górkę, ponieważ otoczone jest 43 wzgórzami.

Na szczęście mieszkańcy od ponad 100 lat korzystają z udogodnień w postaci kolejek górskich. Miasto zaskakuje, pomimo zmagania się z biedą i bezrobociem, pozostaje miastem kolorowym i radosnym, przepełnionym muzyką. Ciekawy akcent na zakończenie naszej podróży.

Wracamy przez Madryt i w tą stronę mały wypad do oddalonego o 70 km czarującego historią i kulturą Toledo. Taka dodatkowa atrakcja na koniec naszej wyprawy…

Autor: Piotr z Poznania

Chcesz wyjechać na taką wycieczkę?