Co ma wspólnego ABBA z Australią? – part 2/5

Dalsza podróż przebiegła bez historii. Również tym razem Singapore Airlines stanęły na wysokości zadania, z jednym małym wyjątkiem w postaci zagubienia naszego bagażu. Niezwłocznie poinformowano nas, że dostarczą nam bagaż za 12 godzin, a na otarcie łez otrzymaliśmy po 200 dolarów australijskich. Takie gubienie bagażu to można nawet polubić 🙂

czytaj również: Co ma wspólnego ABBA z Australią part 1/5

Pierwszy cel wizyty – Perth. Niby 2 miliony mieszkańców, ale nawet Rzeszów wydaje się być bardziej wielkomiejski.

Czas odebrać naszego kampera. W wypożyczalni jest kolejka, więc czekamy. Z plakatu dowiadujemy się, że proponują wynajęcie telefonu satelitarnego. Wzruszamy ramionami. Po co? Znowu jakieś „naciągactwo”. Mamy przecież nasze telefony i kupioną australijską kartę sim. W międzyczasie przywożą nam zagubiony bagaż. Otrzymujemy propozycję pakietu likwidującego ograniczenia. Uff, nie było tak drogo. Pani w wypożyczalni jest bardzo miła. Pyta o plany podróży. Wie że kamper oddajemy w Darwin, radzi więc od razu wydłużyć najem z 7 do 10 dni. W tej sytuacji nawet nie informujemy jej, że samolot z Darwin do Melbourne mamy za 5 dni. Po co się ma kobieta stresować? Ze zrozumieniem przyjmujemy informację, żeby jechać uważnie, broń boże nie w nocy bo zwierzęta, że jest bardzo wiele wypadków, no i nie mamy auto casco po zmroku. Ruszamy. Przystosowanie się do ruchu lewostronnego nie zajmuje dużo czasu. Jedynie długo jeszcze przy skręcie zamiast kierunkowskazu będziemy włączać wycieraczki. Pierwszego dnia odwiedzamy Pinnacles Desert – ciekawe formy skalne wystające z pustynnego piasku.

Pierwszy nocleg, pierwszy kemping i pierwsze zaskoczenie. Po zmroku wszystko zamknięte, całe szczęście z wyjątkiem sklepu z winem 🙂 A zmrok zapada o godz. 18. Na szczęście brama kempingu pozostaje otwarta.

Wstajemy skoro świt (i tak już będzie do końca). Szybka kąpiel w damskiej toalecie, bo akurat ta była otwarta, a do męskiej nie znamy kodu dostępu. Wszyscy na kempingu śpią. Nawet nie ma komu zapłacić. Cóż, zdarzają się większe nieszczęścia. Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że nigdzie nie zapłacimy za nocleg, bo nie będzie komu.

Drugiego dnia na pierwszy ogień idzie Pink Lake. Ponieważ niebo jest zachmurzone, jezioro nie ma różowej barwy, tylko bliżej nieokreśloną.

Czas goni. Nie można czekać aż słońce wyjdzie zza chmur i wydobędzie niesamowity kolor jeziora. Harmonogram mamy przecież napięty. Kolejny punkt to Kalbarri National Park. Miejsce naprawdę warte odwiedzenia. Podziwiamy bajeczne klify. Chętnie byśmy zostali dłużej, ale wiadomo… droga.

Na poboczu kangury, tylko że już lekko nadjedzone przez ptaki. Studiujemy przewodnik i podejmujemy spontaniczną decyzję: ponurkujemy w okolicach Ningaloo Reef, mamy przecież kąpielówki i okularki pływackie. Rafa koralowa oddalona o 50 metrów od brzegu, więc prawie godzinę pluskamy się w ciepłej wodzie. Wracając do kampera znajdujemy za wycieraczką miłą wiadomość od władz lokalnych, że pod żadnym pozorem nie możemy zostać tu na noc (No camping).

Lecimy więc dalej, podziwiając przy okazji kopce termitów.

Noc spędzamy na przydrożnym parkingu. Dobrze że rano na stacji kupiliśmy jakieś kanapki, przynajmniej mamy co jeść na kolację. 

czytaj dalej: Co ma wspólnego ABBA z Australią part 3/5

– Dariusz Skrocki

Poznański prawnik, pasjonat sportu i podróżowania. Kilkanaście lat uprawiał jeździectwo, zdobywając medale w zawodach regionalnych i ogólnopolskich. Obecnie zapalony triathlonista. Do 2017 r. ukończył 26 startów triathlonowych na różnych dystansach. Realizując pasję podróżniczą odwiedził wszystkie kontynenty z wyjątkiem Antarktydy.