La mia storia di Toskańskie Apeniny – parte 3

Najlepiej wypoczywa się aktywnie w Parku Narodowym Cinque Terre… i nie mylić z masywem Cinque Torri w Dolomitach!

Mówi się o nim jako o perle w toskańskiej koronie. Choć myślę, że włosi spokojnie nazywać mogą to cudo wpisane na listę UNESCO– perłą w perle! W tym raju każdy nawet najbardziej wybredny turysta znajdzie coś dla siebie. Poza jednym – spokojem i samotnością. O każdej porze roku jest tu gwarno, tłoczno ale może właśnie w tym celu tu przybywamy? W każdym razie nie odwiedzajmy Parku w weekendy. Unikniemy przynajmniej kolejki do… kolejki. Tak, tak, kolej to najlepszy sposób na zwiedzenie wszystkich pięciu miejscowości Parku: Monterossa al Mare, Vernazza, Corniglia, Manarola, Riomaggiore jednego dnia.

Jak magnes przyciągają tu krajobrazy stromych klifów, niekończących się zboczy porośniętych winoroślami, gajami oliwnymi, i średniowieczną architekturą kolorowych, pastelowych miasteczek. Brzmi fantastycznie. A jak to zrobić? Wystarczy kupić całodzienny bilet (Cinque Terre Card), który uprawnia nas do nielimitowanego korzystania z przejazdów pociągami regionalnymi oraz wstępów na ścieżki na terenie Parku, w tym na najsłynniejszą Via dell Amore, z Manaroli do Riomaggiore (uwaga – sprawdzić w punkcie informacji czy trasa jest czynna). Pamiętajmy, aby przy zakupie biletów pobrać rozkład jazdy i mapkę parku z trasami turystycznymi.

Najlepiej pojechać od razu do ostatniej miejscowości – Monterossy i kombinajami kolejowo – pieszymi odwiedzić każde miasteczko, bo każde jest inne, ma swój lokalny koloryt i położenie raz na wzgórzach a raz nad samym morzem. Jeśli macie nieco więcej czasu i pieniędzy, najlepiej zamówić nocleg w jednym z miasteczek i spędzić wieczór przy zachodzącym słońcu delektując się świeżymi owocami morza. A na słodki koniec dnia lampka słodkiego wina Sciacchetra – prosto z lokalnych winnic.

Skoro jesteśmy przy temacie wina – to przyszedł wreszcie czas na prawdziwy odpoczynek.  A najlepiej odpoczywa się w dobrym towarzystwie. Udajemy się zatem do gospodarstwa agroturystycznego Poggio Alloro, tuż przy miasteczku San Gimignano, prowadzonego od kilkudziesięciu lat przez jedną rodzinę.  Umawiamy się wcześniej telefonicznie na degustację win, wędlin, serów, i najlepszej (moim zdaniem) oliwy z oliwek w całych Włoszech! Przybywamy i … „dolce far niente”.  Wybieramy miejsce w ogrodzie, z widokiem na słynne wieże San Gimignano i tylko konsumujemy i słuchamy długich rodzinnych opowieści o tym, że życie jest piękne. I smaczne 🙂  A jeśli akurat nie ma nikogo z właścicieli, to pomocą służyć nam mogą „przewodnicy  – pracownicy gospodarstwa. I na pewno zaprowadzą nas do obory, gdzie odpoczywają w cieniu prawdziwe toskańskie krowy „chianina”, hodowane tutaj na steki „fiorentina”– ponoć też „naj” w całej Toskanii (ciekawe czy też popijają Chianti do kolacji?;))

Na koniec  jeszcze jedna mała wycieczka. Któż z nas nie słyszał piosenki  o miłości w Portofino?

Przenieśmy się i my na chwilę do Ligurii. Tutaj woda morska ma prawdziwie lazurową barwę.  A wybrzeże klifowe oferuje ponad 50 km ścieżek turystycznych, dobrze oznakowanych w terenie. Całość objęta jest ochroną Parku Regionalnego Portofino. A żeby się o tym przekonać łapiemy prom w Rapallo, albo w Santa Margherita, kupujemy znów bilet całodniowy i płyniemy najpierw do San Fruttuoso (ok 45min).

Po drodze mijamy miejsce, gdzie ponad 17 m pod lustrem wody zanurzony jest posąg Chrystusa Z Głębin (wysokość 2,5m). Co roku odbywają się tam nurkowe pielgrzymki. Na pełnym pędzie naszej łodzi podziwiamy strome niebezpieczne klify od strony morza, prom nagle zwalnia i wpływamy w maleńką zatokę. Tutaj ukrył się średniowieczny klasztor Ojców Benedyktynów (obecnie mieszka tam kilku mnichów i prowadzą m.in. muzeum).

Zaczynamy naszą pieszą wędrówkę. Czeka nas ok 2 godzin dość stromego ale łatwego podejścia przez las piniowy (sosna pinia) a wiosną dodatkowo masowo zakwitają białymi kwiatami czystek i żółciejące krzewy żarnowca.

To prawdziwa aromaterapia dla ciała i ducha.

Po kolejnych 2 godzinach, przez winnice i wąskie ścieżki ukryte w stromych zboczach, docieramy do malowniczej miejscowości. Z oddali widzimy jak krętymi i wąskimi ulicami pędzą wypasione lamborghini. Zatem to musi być Portofino! W sezonie w centrum miasteczka, w małej zatoce odbywają się koncerty, pokazy taneczne, jest gwarno ale tłoku nie odczuwa się aż tak bardzo. Turyści poukrywani są w licznych kafejkach, lodziarniach, trattoriach, rozsiani po licznych atrakcjach (Muzeum Parku, Castello Brown, Kościół św. Jerzego, punkty widokowe). A ponieważ ceny w Portofino są bardzo wygórowane, wszyscy szybko ustawiają się w kolejce do promu powrotnego do Rapallo (albo Santa Margherity). Tak też i my czynimy. Póki jeszcze mamy jakieś środki na karcie, by wrócić z tej włoskiej uczty do Polski.

Trzeba przyznać, żer natura szczodrze obdarzyła Włochów. A oni chętnie dzielą się tym z nami 🙂

Kasia Jamróz

 

Zobacz też:

La mia storia di Toskańskie Apeniny – parte 1

La mia storia di Toskańskie Apeniny – parte 2

 

Chcesz wyjechać na taką wycieczkę?