Lato pod Tatrami, czyli Furmanowa press – part 3

W tym roku lato na Podhalu wyjątkowo ciepłe i słoneczne. Na Furmanowej jest to szczególny czas.

Powietrze robi się coraz cięższe. I coraz częściej brakuje wody w studniach. Znaczy to, że naprawdę mamy prawdziwie górskie lato. Jakby na dowód przed moim balkonem kopce siana wyrastają jak grzyby po deszczu.

Kładę się spać wieczorem i mam w pamięci bujną soczystą trawę pełną margaretek i dzwonków a już nad ranem kolejnego dnia kopce jako ten symbol lata wyłaniają się zza okien domów. Kiedy Ci górale zdążyli uporać się z tak ogromnym łąkowymi przestrzeniami?

Co roku zadaje sobie to pytanie i wreszcie znalazłam odpowiedź: tutaj każdy pomaga każdemu, babcie, ciotki, wnuki. Jedna wielka góralska rodzina. Bo siana na całą zimę musi wystarczyć.

Dni płyną coraz wolniej, leniwie i już czuć w powietrzu letnią burzę. Wtedy najlepiej pozostać pod zadaszeniem przy chałupie, na ganku, jak moja ulubiona Babcia Helena.

Patrzy na deszcz i robi na drutach kolejna parę skarpetek. Kiedy przechodzę obok uśmiecha się i pyta o zdrowie (takie tu mamy piękne zwyczaje!). Kupuję te skarpety z prawdziwej owczej gryzącej wełniane jesienią dla przyjaciół jako prezenty świąteczne i urodzinowe. W skarpetkach Babci Heli chadza się już we Francji, Włoszech, Nepalu, Maroku i w każdym zakątku Polski.

To ciepłe powietrze coraz rzadziej schładza się w nocy, i zdarza się, że budzę się wcześnie rano bo już brakuje tlenu w mieszkaniu (o nie, to nie jest objaw choroby górskiej!) . W górach zresztą to grzech spać tak długo, bo mimo że dzień długi to i atrakcji co niemiara. Czasu nie starcza! I pewnego poranka to gorące jeszcze i już powietrze miało bardzo dziwną woń. Otwieram więc okno w sypialni przecieram oczy i widzę, jak całkiem spore stadko kóz wyjadą moją ukwieconą łąkę! Robią to zupełnie i bezszelestnie (mimo, że mają malutkie dzwonki pod szyjami) tak, że nie powodują żadnego hałasu.

To kozy sąsiadów Królów. Co roku mają ich więcej a pani Antonina robi z mleka wspaniały, zdrowy ser. Bo tutaj ciągle żyje się w zgodzie z naturą. Często obserwuję, jak sąsiedzi przechadzają się między miedzami z bańkami na mleko. Można śmiało powiedzieć, że u nas pod Furmańksim Wierchem panują nadal średniowieczne zwyczaje handlowe, a tym samym przysiółek jest samowystarczalny.

A to czego nam w kuchni brakuje, spokojnie można kupić w najbliższym sklepie w Zębie “U Tomka”. A jeśli i gotówki na szoping zabraknie, to i bankomat dumnie stoi. Poza tym na Kasprowy Wierchu to jest chyba najwyżej położonym w Polsce.

Po takim długim wstępie wypada mi zatem zaprosić Was na długi weekend sierpniowy. Myślę, że możecie śmiało podjąć decyzję w ostatniej chwili, a miejsca noclegowe w okolicy na pewno się, znajdą. Pogoda jaka będzie, taka będzie. Tu naprawdę jest co robić czy to w słońce czy deszcz. No w ostateczności zawsze możecie się po prostu ponudzić z pięknymi widokami na Tatry. To jest dopiero wypoczynek:-)

Tym razem zdradzę Wam jedną z moich ulubionych tras spacerowych. Przebiega głównym grzbietem Pogórza Gubalowskiego w kierunku Dzianisza (Działu Dzianiskiego).

Zostawiamy auto na parkingu pod Butorowym Wierchem (azymut maszt na Gubałówce) i kierujemy się czarno znakowanym szlakiem po drugiej stronie drogi asfaltowej. I wędrujemy początkowo lasem, ale po chwili teren się lekko obniża i naszym oczom ukazuje się ogromną przestrzeń.

To łąka, a w tle Tatry Zachodnie z bardzo charakterystycznym Kominiarskim Wierchem. Kilka minut wędrujemy tym bezmiarem gór i znów wchodzimy w las. Tym razem na dłużej. I dobrze, bo drzewa dają dużo cienia i wytchnienia. Szlak powoli i leniwie wznosi się. W lipcu koniecznie trzeba przyjechać tu z koszykami na czarne jagody czy leśne maliny. Niewielka ilość turystów w tej części Podhala skutkuje wiecznie niewyczerpanym źródłem owoców. W piwnicy u mnie na pewno znajdzie się jeszcze jakiś jagodowy sok (najlepsze lekarstwo na biegunki). Po dłuższej chwili mniej więcej 40 min ponownie teren obniża się i wchodzimy na halę, gdzie nigdzie jeszcze widać bacówki.

A i widok trochę się nam poszerzył o okolice Ornaka i grani wokół doliny Chocholowksiej. Mijamy małą kapliczkę z Matką Boską, ławeczkę dla górskich pielgrzymów i zatrzymujemy się mniej więcej w połowie hali. Z tego miejsca widać prawie całe Tatry Zachodnie. Warto w tym miejscu odpocząć i posilić siłę bo czeka nas długa droga zejściowa.

A i po drugiej stronie grzbietu (północnej) wyłaniają się nam Beskidy z niekwestionowaną Królową czyli Babią Górą (1 725m).

Kasia Jamróz