Tajemnice Peru_część 2

Z Arequipy polecieliśmy do Cuzco i w tym pięknym kolonialnym mieście zaczęliśmy naszą wysokogórską przygodę na ponad 3300 m n.p.m.

Zwiedziliśmy Świętą Dolinę Inków, która była niegdyś centrum Imperium Inków. Widzieliśmy rozwiązania, na które oni wpadli już setki lat temu, a nam Europejczykom wydaje się że to nasza zasługa. Tutaj też znajduje się słynna postać Juanity czyli zmumifikowane i zamarznięte ciało dziewczynki złożonej inkaskim bogom w górach. Lokalne ofiary z dzieci były wtedy na porządku dziennym.

Piliśmy lokalne piwo z kukurydzy nazywane chicha, które fermentuje aż jeden dzień i uczyliśmy się robić czekoladę.

Jedliśmy organiczne potrawy, które przygotowuje się z roślin i  zwierząt hodowanych w górach. Spróbowaliśmy mięsa z lamy, alpaki, świnki morskiej, bycze serca i popijaliśmy to wszystko przepysznym emoliente. Tradycyjnego napoju ziołowego serwowanego zawsze popołudniu z małych lokalnych wózków, na każdym rogu ulicy. Jej najczęstsze składniki to: skrzyp polny, nasiona lnu, liście babki zwyczajnej, posiekana pigwa, oczywiście woda, cukier ewentualnie miód i sok z cytryny. Ale każdy przyrządza ją inaczej, dlatego warto próbować emoliente wszędzie gdzie jest taka możliwość.

Aż w końcu najważniejszy punkt wycieczki, czyli pięciodniowy trekking na Machu Picchu szlakiem Salkantay. Podczas wyprawy spaliśmy w przeszklonych lodgach umieszczonych u podnóża dwóch lodowców Salkantay i Humantay.

Wspięliśmy się na jezioro Humantay, gdzie zaczęliśmy odczuwać pierwsze objawy choroby wysokościowej, czyli ból głowy, ale herbata z liści koki i jej żucie pomagały załagodzić objawy. Kolejnego dnia ruszyliśmy na przełęcz Salkantay, żeby wspiąć się na najwyższy szczyt naszego trekkingu 4600 m n p m. Z szczytu niewiele było widać, ale sam fakt jego osiągnięcia był dla nas bardzo satysfakcjonujący. Tam na górze naprawdę ciężko się oddychało, a wiele osób dostawały kolejne objawy choroby wysokościowej. Na nas na szczycie czekała kolejna porcja herbatki z koki oraz inkaskie rytuały jakie odprawiał z nami nasz przewodnik. Po tym dniu spaliśmy w andyjskich chatkach.

Kolejny dzień był już zmianą krajobrazu, ale też klimatu ponieważ zaczęliśmy wchodzić w parną i gorącą andyjską dżunglę. W trakcie tego trekkingu przechodziliśmy przez co najmniej 4 strefy klimatyczne. Podczas odpoczynku mogliśmy także korzystać z pobliskich tzw. Aquas Calientes czyli gorących źródeł z wulkanicznej gorącej wody. W pełnym odpoczynku przeszkadzały czasem moskity i ogromne pająki towarzyszące nam w naszych Jungle Domes. Powoli zbliżaliśmy się do Machu Picchu, aż w końcu osiągnęliśmy wymarzony cel. Starożytne ruiny zaginionego miasta Inków wywarły na nas niesamowite wrażenie.

Ale to nie koniec po powrocie do Cusco wyruszyliśmy na kolejny trekking, tym razem najwyższy szczyt Rainbow Mountain a inne jej nazwy to Vinicunca oraz Montana de 7 colores. Góra składa się a 14 minerałów, które dają niesłychany efekt kolorystyczny.

 

Jeszcze niedawno była ona całkowicie przykryta śniegiem i nikt nie wiedział co kryje się pod jego powierzchnią. Dopiero globalne ocieplenie spowodowało odkrycie, że Rainbow Mountain to cud natury, który obecnie przyciągając ludzi z całego świata. I tak oto na tej kolorowej górze przekroczyliśmy granicę 5000 m n.p.m! Trekking był łatwy, ale to co działo się z oddechem i głową na tej górze to już inna historia. Oczywiście obowiązkowe zdjęcie z lamą na jej szczycie. Pogoda była cudowna, co rzadko się tam zdarza, dlatego skorzystaliśmy z okazji aby wejść jeszcze i podziwiać Red Valley czyli Czerwona dolinę.

Nie da się ukryć, że trekking jednym z najpiękniejszych pasm górskich świata to nie tylko zapierające dech w piersiach widoki, to również wspaniała przyroda, niezwykli mieszkańcy oraz autentyczna kultura i tradycja. Minął miesiąc a my nadal jesteśmy pod wrażeniem tej magicznej wyprawy, która skradła nasze serca.

Autor: Agnieszka Pawlak – Ekspert ds. turystyki katalogowej i podróży szytych na miarę Travel PP
agnieszka.pawlak@travelpp.pl