Vancouver i Vancouver Island

Vancouver, perła zachodniego wybrzeża Kanady, nie bez powodu nieprzerwanie trafia na szczyty rankingów najpiękniejszych, najbardziej przyjaznych czy najprzyjemniejszych do życia miast świata.

Z jednej strony Ocean Spokojny, z drugiej wiecznie ośnieżone góry, a po środku imponujące downtown z miejskim parkiem, który w niczym nie ustępuje sławnemu bratu z Nowego Jorku.

Nazwane na cześć XVIII-wiecznego brytyjskiego odkrywcy i badacza okolicznych ziem Georga Vancouvera, wyrosło w połowie XIX wieku z połączenia licznych osad wielorybników i drwali, położonych na wybrzeżu i przy ujściu rzeki Frazer do oceanu. Miejscem, które na dobre dało początek dzisiejszej metropolii jest wciąż urokliwe Granville, obecnie  cichy, turystyczny zakątek, z licznymi kawiarniami, restauracjami, galeriami i warsztatami rękodzieła.

Serce miasta bije jednak kawałek dalej. Z nabrzeża portu Vancouver Harbour , do którego przybijają wielopiętrowe statki pasażerskie, jeszcze większe transportowce i gdzie nieprzerwanie startują i lądują awionetki, mogłabym się nie ruszać. To tam, niedaleko nawodnego lotniska (na środku zatoki działa stacja paliw Chevron) stoi znicz olimpijski, będący pamiątką po Zimowych Igrzyskach Olimpijskich, których miasto było organizatorem w 2010 roku.

Do parku i na plażę

Niejako do portu i śródmieścia przylega Stanley Park (jeden, a zarazem największy ze 180 publicznych parków w mieście!), ulubione miejsce rekreacji mieszkańców i obowiązkowy punkt na mapie każdego turysty.

Park jest pięknie położony, z trzech stron otoczony wodą, ponoć można tu podziwiać najpiękniejsze zachody słońca w całej Kanadzie. Park warto obejść dookoła, bądź objechać go rowerem (wypożyczalnie rowerów bez problemu znajdziecie w okolicy parku), choćby po to, aby chłonąć widoki, które zmieniają się niemalże co kilka metrów. To około siedmiokilometrowa wycieczka.

Mimo że w mieście z racji położenia nie brakuje plaż, także Vancouver ma swoją Copacabanę. To Kitsilano Beach. Plaża na pewno nie tak piaszczysta, długa i szeroka jak brazylijska, ale za to z jakim widokiem: na centrum z drapaczami chmur (w tym prawie 190-metrowym Trump International Hotel and Tower) na bliższym planie oraz góry i wyspy wyrastające z zatoki na dalszym. Plażowicze, którzy zamiast zazwyczaj chłodnej, oceanicznej wody, wolą cieplejszą, bo z basenu, mają taką możliwość. Na Kitsilano Beach w sezonie letnim otwarty jest basen o imponującej długości prawie138 metrów!

Stołeczna wyspa

Będąc w Vancouver i mając do dyspozycji choćby jeden wolny dzień, warto zdecydować się na rejs promem (w zależności od przystani i miejsca docelowego trwający od jednej do dwóch godzin) i popłynąć na Vancouver Island.

Nie każdy wie, że Wiktoria, największe miasto na wyspie, jest jednocześnie stolicą Kolumbii Brytyjskiej z imponującym parlamentem wzorowanym na architekturze londyńskich budynków rządowych, podobnie zresztą jak wiele innych gmachów administracji publicznej w mieście.

I tutaj zachwyca urokliwy port (choć w porównaniu do Vancouver Harbour bardzo kameralny), po którym kursują wodne taksówki i tramwaje.

Nie brak także nawodnego lotniska, z którego regularnie korzystają politycy pracujący w miejscowym parlamencie. Gdyby nie panowie w garniturach co rusz wyskakujący z którejś z lądujących na wodzie awionetek, można by odnieść wrażenie, że oto przenieśliśmy się do Londynu.

Ciekawostką dla fanów muzyki może być fakt, że z Wiktorii pochodzi kanadyjska piosenkarka portugalskiego pochodzenia Nelly Furtado.

Nam dane było pobyć na wyspie Vancouver kilka dni – w Wiktorii spędziliśmy ostatni. Wcześniej z przystani promowej w Tsawwassen popłynęliśmy wraz z samochodami do Nanaimo, drugiego po Wiktorii największego miasta na wyspie, nie mającego już jednak wspomnianego wyżej „brytyjskiego sznytu”.

Rejs trwał około dwóch godzin, ale pogoda dopisywała, więc czas minął nam szybko na podziwianiu widoków. Z Nanaimo zaczęliśmy przecinać wyspę, by osiąść w miasteczku Tofino, położonej na brzegu otwartego oceanu, mekce kanadyjskich surferów.

Zbliżając się do Tofino, jedyną dostępną drogą – co jakiś czas, trafialiśmy na tablice informujące, którędy ewakuować się na wypadek zagrożenia tsunami. To nie żart ani straszak na turystów. Sami mieszkańcy zachodniego wybrzeża Kanady mówią, że żyją na beczce prochu, która kiedyś musi wybuchnąć. Sto kilkadziesiąt kilometrów od wybrzeżu Kanady i Stanów Zjednoczonych na dnie Pacyfiku ścierają się dwie płyty tektoniczne. I to one mają być przyczyną przewidywanego w bliższej lub dalszej przyszłości kataklizmu.

Tofino mekką surferów

W Tofino zamieszkaliśmy w Ocean Village Beach Resort. Słowo w „beach” w nazwie jest kluczowe, gdyż nasze domki (wygodnie urządzone i wyposażone bungalowy) stały rzeczywiście niemalże na plaży.

Te cztery dni minęły nam na spacerach, pluskaniu się w wodzie, paddleboardingu (pływanie na desce z wiosłem) oraz podziwianiu surferów. Oj tak, deska surfingowa to najczęściej widywany atrybut turystów odwiedzających Tofino.

Wozi się je na dachach samochodów, w bagażnikach, na pakach SUV-ów, a także przypięte do rowerów czy motocykli. Warto mieć przy sobie lornetkę – na śmiałków zmagających się z kilkumetrowymi falami można patrzeć godzinami.

Tofino to także miejsce, z którego rusza się na wielorybie safari. Kilkugodzinne wycieczki organizowane są codziennie, choć o spotkanie z płetwalem błękitnym, kaszalotem czy humbakiem najłatwiej jesienią.

W drodze powrotnej do Nanaimo czy Wiktorii warto zatrzymać się w Cathedral Grove, rezerwacie położonym w MacMillam Provincial Park, w którym może podziwiać prawdziwy las deszczowy.

Stoją tam 800-letnie jodły oraz trochę młodsze cedry i sosny kanadyjskie. Drzewa imponują nie tylko wiekiem, ale i rozmiarami – skojarzenie z katedrą jest w tym miejscu jak najbardziej trafione.

I uwaga: przy odrobinie szczęścia może uda wam się wypatrzyć niedźwiedzia czarnego lub kuguara.

Do Tsawwassen wracamy z Wiktorii. Rejs trwa około półtorej godziny. Nieprzypadkowo, korzystamy właśnie z tej przystani promowej. W Tsawwassen mamy rodzinę, która staramy się regularnie odwiedzać i dzięki której po kawałku odkrywamy, jeśli jeszcze nie Kanadę, to na pewno Kolumbię Brytyjską.

Tsawwassen administracyjnie należy do miasta Delta, położonego w bliskim sąsiedztwie Vancouver. To urokliwa miejscowość położona na jednym z półwyspów, pełni rolę sypialni dla pracujących w Vancouver. Mnóstwo zieleni, szerokie, plaże, zadbane ulice.

Miejscowość zachowała swoją pierwotną, indiańską nazwę, która znaczy tyle co „miejsce zwrócone twarzą do oceanu”. I takie właśnie jest Tsawwassen.

– Izabela Dachtera-Walędziak